Agrometeo Pogodynka

Home ŻEGLARSTWO Bezpieczeństwo Porzucenie jachtu czy "ewakuacja załogi"

Porzucenie jachtu czy "ewakuacja załogi"

Porzucenie statku (jachtu) zawsze było uważane za wypadek morski. W polskiej terminologii klasyfikowano takie przypadki jako wypadki I kategorii. Dwa  najbardziej pamiętne pozwolę sobie przypomnieć.


„Wielkopolska” – jacht wyszedł do Holandii pod koniec października 1965 r.  Październik, jak to październik nie oszczędzał amatorów turystyki, toteż dzień Wszystkich Świętych przywitali niedaleko Oland Sodra Grund. Silnik oczywiście nawalił, więc wezwali pomocy holowniczej zamierzając przeczekać sztorm w Kalmarze. Statek, który się nawinął nie miał chęci na holowanie, zaproponował natomiast przejęcie załogi, na co ta ochoczo przystała. Następnego dnia jacht „żeglujący samotnie” znaleźli szwedzcy rybacy. Oprócz niesprawnego silnika miał podartą część żagli.

„Iwona Pieńkawa” – specjalnie zbudowany do tego celu jacht miał odbyć samotny rejs dookoła świata. Start zaplanowano z Kasablanki, do tego portu szedł obsadzony pełną załogą.  Po licznych przygodach, w których kapitan wykazał się wszechstronną niekompetencją, już na Atlantyku, 14 października 1971 r. stracili maszt w silnym sztormie. Wezwano pomocy próbując uzyskać hol od zbliżających się statków. Przy kolejnym jacht zdryfował pod rufę i jeden z żeglarzy doznał przy tym poważnych obrażeń. Załoga przeszła na tratwę, skąd zdjęły ją dwa kolejne statki. Jacht pozostał na oceanie – było to 15 października.

Publiczna dyskusja wokół tych  zdarzeń, nie tylko wśród żeglarzy, nosiła wyraźne znamiona dezaprobaty. Całe szczęście wypadki takie nie były częste. Kiedyś.
W mniej już zamierzchłych czasach miały miejsce dwa  wypadki zaklasyfikowane jako wejście na mieliznę. Ich okoliczności sygnalizowały jednak jakąś zmianę w mentalności, może nawet morale, naszych żeglarzy. Były to wypadki  „Gaudeamusa” i „Korsarza”.

„Gaudeamus” żeglował w czerwcu 1991 r. po wodach duńskich. 14 – tego w nocy oficer, który stracił orientację „w terenie” wywołał na pokład kapitana. Było za późno i jacht wszedł o 0315 na mieliznę Hatter Barn. Po paru próbach zejścia i stwierdzeniu uszkodzeń jachtu I of. bez wyraźnej zgody kapitana nadał „Mayday” i już o 0630 ratowniczy śmigłowiec zdjął załogę. Bez kapitana.  Ten, na tak odciążonym jachcie poradził sobie sam i już około południa  ruszył na silniku do portu. Po drodze spotkał spieszący na ratunek holownik, z którego usług nie skorzystał. W porcie stwierdzono uszkodzenia konstrukcji, poszycia i steru.

„Korsarz” wyszedł  31 lipca 1994 r. do Danii. Halsówka w sztormie spowodowała jednak u załogi zmianę priorytetów. Toteż, gdy na skutek błędów w określeniu pozycji  jacht wszedł 2 sierpnia  o 1330 , w gęstej mgle, na plażę koło ujścia Piaśnicy  żeglarska młodzież wysiadła, pomimo, iż wiaterek  był już słaby i to od brzegu.  Staremu kapitanowi  pozostał  tylko zastępca. Akcja ściągnięcia  nieuszkodzonego jachtu nie była trudna.

Inspiracją do napisania tego wystąpienia były jednak zdarzenia z roku 2001 – przyznać trzeba, sezon był dość silnowiatrowy.

„Hetman” - opis sprawy autorstwa B. Matowskiego ukazał się w „Żaglach”. Jacht wracał z  7-osobową załogą z Bornholmu do Gdyni. Pogoda jak na czerwiec była paskudna. Prognoza od 3 dni  sztormowa. Około 0400, 23 VI kontaktowano się z Ustką w sprawie wejścia do tego portu. Wobec sugestii bosmana , aby w tych warunkach  ( wiatr N 9 , stan morza 6) z decyzją poczekać do rana, jacht skierował się do Łeby. O 0745 na pozycji ok. 7 Mm od Łeby jacht zgłosił zamiar wejścia. I tu bosman sugerował zastanowienie się nad decyzją, a w ostateczności poleganie na mocnym silniku. Zawiadomił też ratowników, którzy czekali na „stand by”. Tuż przed 1000, około pławy „ŁEB”, kapitan zrezygnował z wejścia, w tym samym mniej więcej czasie zameldował o przeciekach a „Huragan” wyszedł z portu i asystował idącemu na silniku jachtowi. Na plażę wyruszyli też ratownicy z BSR. Wkrótce nastąpiła na „Hetmanie” awaria silnika, ratownik próbował holowania, hol pękał 4 razy, jacht życzy sobie holu z Marynarki Wojennej, a wkrótce potem zdjęcia 2 członków załogi  ze względu na „złą kondycję”.

O 1030 z Ustki wychodzi większy od  „Huragana” „Powiew”, nad jachtem wisi  śmigłowiec, jacht utrzymywany jest na holu  2- 2,5 Mm od brzegu w oczekiwaniu na „Powiew”. Około 1300 chętnych do opuszczenia jachtu jest już czterech, jacht zgłasza coraz większe przecieki. Do akcji wychodzi łódź BSR, wywraca się jednak na wielkiej fali. „Huragan” pozostawia jacht, zbiera wysypanych ratowników poczym  wraca i zdejmuje z „Hetmana” całą załogę. Ma to miejsce ok. 1,5 Mm od plaży. O 1430 jacht sztranduje ok. 2 Mm na E od Łeby tracąc przy tym maszt. Następnego dnia Marynarka Wojenna ściąga jacht. Podobno uruchomienie na nim silnika nie stanowiło problemu. W całej akcji nic nie wiadomo o użyciu żagli. Sprawa ta nie stanie na Izbie Morskiej  ponieważ jednostka była z M. W.

„Kmicic” - opis sprawy autorstwa J. Sieńskiego również ukazał się w „Żaglach”. W chwili pisania referatu znany był już termin rozprawy przed Izbą Morską. Jacht, Carter- 30, wyszedł 8 IX z Łeby do Kłajpedy z 4 – osobową załogą. W nocy, w sztormie 9-10 jacht zaczął wzywać pomocy. Od  0218  asekurował go „Dar Młodzieży”.  O 0520 podszedł ratownik, „Sztorm” z Helu, i zdjął z użyciem tratwy 1 osobę. „Sztorm” to nie nowoczesny SAR i dlatego potrzebny były  śmigłowce, które zdjęły resztę załogi. Było to ponad 40 Mm od Rozewia i ponad 30 Mm od Tarana ( a więc nie tam, gdzie informowała mapka przy artykule).
Wg ratowników jacht był zalewany przez fale i nie miał szans na utrzymanie się na powierzchni. 22 IX skołowana w ten sposób „opinia publiczna” dowiedziała się, że jacht pływa sobie ok. 10 Mm od Orno (niedaleko Sztokholmu). Stwierdzono brak pokryw bakist i sztorcklapy, wnętrze częściowo zalane wodą i paliwem. Ster, maszt i takielunek nienaruszone, w dobrym stanie większość żagli. Dzielne są te Cartery.

Jeden z polskich jachtów
, którego nazwy nie podaję, albowiem sprawa nie została upubliczniona, wyszedł obsadzony przez na oko kompetentną załogę czarterującą do Szwecji. Po jakimś czasie armator otrzymał informację, że jacht siedzi na skałach a załogę  zdjęli ratownicy. Trochę później przyszła informacja, że jacht wraca o własnych siłach. Trochę później  jacht powrócił, a sprawę załatwiono pomiędzy kapitanem i armatorem. Po wystawieniu z wody, ale bez pośpiechu, okazało się, że obtarta jest farba na balaście i uszkodzony (lekko)  ster. A więc kamienie były. Raport kapitana przyjęty przez armatora tak relacjonuje przebieg zdarzenia. Jacht idąc w sztormie osłonięty brzegiem kierował się do bezpiecznego portu. Nastąpiło wejście na kamienistą mieliznę, wg kapitana nie zaznaczoną na mapie (niech mu będzie, bo nie o to chodzi).

Wezwano pomoc  na „16”
i czerwonymi rakietami. Udzielili jej Szwedzi. Wobec ponurej sytuacji meteorologicznej i jeszcze gorszej prognozy załogę ewakuowano śmigłowcem. Rano okazało się, że jacht stoi przechylony pomiędzy kamieniami w trochę innym miejscu. Załoga obsadziła go ponownie i przy pomocy ratowników zeszła na głęboką wodę, po czym  wróciła do kraju. Poniesione koszty dotyczyły tylko tej drugiej operacji. I słusznie, życie ratuje się w cywilizowanym świecie za darmo.

Opisane powyżej zdarzenia nie są bynajmniej jakąś polską, a nawet bałtycką osobliwością. W czasie pamiętnych regat Fastnet w 1979 roku porzucone zostały  24 jachty, z czego tylko 5 nie udało się uratować – z nich jeden zatonął w czasie holowania. Z 17 – tu załogi zeszły na jednostki ratujące ( statki, śmigłowce, inne jachty).  Pozostałe były opuszczone przed nadejściem pomocy.

Jakie nasuwają mi się wnioski, powiedzmy praktyczne.

Na doskonale osłoniętych pod względem ratowniczym wodach, np. europejskich wezwanie pomocy  zwykle bywa skuteczne. Ratownicy, świetnie wyposażeni, ofiarni i kompetentni, nie wysilają się na poważną ocenę stopnia zagrożenia życia załogi. Co by zresztą mogło się stać, gdyby go nie docenili. Kłaniają  się historie o uzasadnionym i nieuzasadnionym wezwaniu pogotowia.

Załogi, niekoniecznie „pełnosprawne”, nie zawsze związane emocjonalnie z wypożyczonym jachtem, słabo zintegrowane, aż do wyraźnego konfliktu, możliwość przerwania wycieczki w nieciekawym punkcie trasy traktują  jako coś naturalnego. Akcja ratowania, holowania małego, starego jachtu w ciężkiej pogodzie w zwykłym rachunku ekonomicznym może być po prostu nieopłacalna.

A teraz morał.

Jak widać porzucenia sprawnego jachtu na morzu nie potrzeba się aż tak bardzo wstydzić, może to zresztą złagodzić duma z uratowania „zagrożonego” życia (cudzysłów autora), które jak wiadomo, przynajmniej w naszych kręgach kulturowych, stanowi najwyższą wartość.

I drugi. Kochani kapitanowie wszystkich stopni. Słuchajcie gorliwie wszystkich prognoz, zwłaszcza jak waszą załogę znacie od przedwczoraj. Jachting nie na darmo nazywa się ostatnio żeglugą przyjemnościową.

Kpt. Adam Woźniak, materiał z konferencji "Bezpieczeństwo w jachtingu" 2002.

 

Czas ruszyć na morze? Zapraszamy:

Czarterowanie jachtów

 

 

 
Reklama